Mam wielki żal i pretensje mam do tych, którzy ograbili wyspę Kos z jej dziedzictwa, do tych co wywieźli dzieła Apellesa, rzeźby Praksytelesowych synów, poezję Filetasa i Teokryta. Puste miejsca mogę wypełnić obrazami zapamiętanymi z muzeów, które po dzień dzisiejszy wystawiają bogactwo zabrane wyspie i nie wiem czy przeklinać, czy dziękować tym ludziom, co poważyli się na to świętokradztwo, że znaleźli miejsce gdzie mogę podziwiać skarby mojej wyspy.
Wiosenne wyprawy zaprowadziły mnie kolejny raz na Rodos, do pałacu rodyjskich rycerzy św. Jana, by po raz kolejny obudzić te doświadczone niegdyś w tym miejscu uczucia; zmieszania, smutku, i zachwytu, gdy pochylałem się nad misternymi mozaikami zdobiącymi podłogi pałacu wielkiego mistrza. Jakże one tam nie pasują, wyrwane ze świątyń, z domów gdzie zdobiły sale (ἀνδρών), męskiej części rezydencji, tam odbywały się sympozja, tam królowały apollińskie muzy. Starałem się zapamiętać ich kolory i strukturę aby przenieść w pamięci do pustych dziś ścian kojskiej willi i bizantyjskich kościołów.

Kiedy w latach trzydziestych dwudziestego wieku, po wielkim trzęsieniu ziemi, które nawiedziło wyspę Kos, młody pracownik instytutu historyczno – archeologicznego na Rodos, Hermes Balducci, na polecenie inspektora archeologii na wyspie Kos, Luigiego Moriccone, został oddelegowany do udokumentowania zabytków Kos, wśród nich było kilka budynków z kolorowymi mozaikami i inkrustowanymi kamiennymi podłogami, to wtedy młody historyk, pewną ręką, oddał tajemnicze piękno geometrycznych form, pierwotnej symboliki, jaką możemy odnaleźć w mandalach buddyjskich mistrzów.

Z maleńkich kamyków i szkła wyczarowano kwiat życia otoczony wszechobecną liczbą φ, a liczby 3, 6 i 9 tańczą swój mistyczny taniec i chciałoby się wpaść w tę wirującą otchłań obiecującą sekrety wszechświata. Gdzieś obok księżniczka fenicka, Astypalea, wyrusza na grzbiecie cętkowanej, morskiej, bestii, w którą przemienił się Posejdon, na wyspę Kos płynie, by tam urodzić mu wyspiarskich królów. Niedaleko wspomniany już Bóg morskich fal i trzęsień ziemi okalecza wyspę Kos swym trójzębem, by jej częścią przygnieść giganta Polivotisa. Muzy prezentują swoje piękne oblicza, a ja zazdroszczę, że nie dane mi jest słuchanie homeryckich pieśni, poezji aleksandryjskich mistrzów z Kos, nie zobaczę wystawianych w teatrze mimów Herondasa.
Kiedy patrzę na te dzieła sztuki to zastanawiam się dokąd zmierzamy w ciągłym pędzie i dlaczego tak wypaczyliśmy ideały, które starali się nam przekazać starożytni, że logos jest nieskończoną w swej głębi istotą duszy i nie jest ważna ilość informacji przetworzonych przez procesory ale miłość i energia drugiego człowieka, którą dzieli się oddając światu otrzymany od Bogów talent.













